„Jurek” – czyli co nas ciągnie w góry

Obejrzałem ostatnio film „Jurek” Pawła Wysoczańskiego opowiadający o życiu i śmierci Jerzego Kukuczki. Gorąco polecam wszystkim, którzy chodzą po górach, nieważne czy jest to Babia Góra, czy Everest.

jurek-2014-plakat

Film poprzez historię najsłynniejszego polskiego himalaisty porusza jednak zupełnie inne, głębsze treści, a mianowicie pytanie – Po co chodzić po górach?

11709923_10153500530194048_5683233364333837153_o

Jest to dyskusja stara jak same góry, ale pod wpływem filmu postanowiłem wtrącić i swoje trzy grosze z punktu widzenia górołaza amatora…
Bo tak, jest ryzyko, można zrobić sobie krzywdę, a w krańcowych przypadkach można nawet przypłacić tę pasję życiem. Patrząc na to logicznie, za grosz nie ma w tym sensu, człowiek się męczy, poci tylko po to, żeby dojść do jakiegoś umownego punktu i zawrócić w drogę do domu. A przecież można z tego domu wcale nie wychodzić, oszczędzić sobie trudów i spokojnie oglądać Familiadę jedząc rosół w niedzielne popołudnie.

Ale właśnie słowo pasja, jest tu kluczem. Chyba każdy człowiek ma jakąś pasję, która prawie zawsze (zwłaszcza we współczesnym świecie) nie ma głębszego sensu. No bo przecież gdzie logika w sklejaniu modeli, robieniu zdjęć, czy pisaniu bloga? Robimy to, bo chcemy to robić, a nie dlatego, że to robić musimy.

Jasne, osoba która chodzi po górach, wspina się, czy biega ryzykuje więcej niż filatelista lub numizmatyk, ale sensu w tych działaniach jest tyle samo – prawie nic. Czysty egoizm – robię to, bo to lubię. A jeżeli lubię i sprawia mi to przyjemność to czemu miałbym przestać?

DSC_4580

Oczywiście jest też kwestia odpowiedzialności za bliskich, za rodzinę. To często jest podnoszone niejako w pretensji do himalaistów – W góry idziecie, ryzykujecie życie, a żonę z dzieckiem zostawiacie. Ale pozwolę sobie tu wrócić do opisywanej przeze mnie już tutaj książki Ewy Berbeki, Autorka powiedziała tam wprost, że nigdy mężowi nie zakazała wypraw w góry, przyjmowała go jako całość, łącznie z jego ryzykowną pasją i wiedziała, że bez tego byłby zupełnie innym człowiekiem.

Uważam więc, że jeżeli ktoś ma pasję to powinien ją realizować, a granicą dla mnie jest tutaj tylko możliwość skrzywdzenia drugiej osoby. Tak długo, jak inni się na naszą pasję (i ryzyko jakie ona niesie) godzą, to powinniśmy ją realizować, bo jedzenie rosołu i oglądanie Familiady jeszcze niczego wielkiego na świecie nie zmieniło, a pasjonaci pchają naszą cywilizację naprzód!🙂

12314371_10204927676263763_948838442186957236_o
fot. A.M.

Ale oczywiście to tylko moje zdanie z którym możecie się nie zgadzać. Zachęcam Was do przemyślenia sobie czemu robię, to co robię (bo to wcale nie muszą być góry, to nie musi być sport…), można dojść do ciekawych wniosków.

 

 

„Życie jako sekwencja wschodów słońca” – Babia Góra i Zakopiańskie Spotkania z Filmem Górskim

Byliśmy wczoraj na spotkaniu z Simone Moro i Alexem Txikonem, pierwszymi zimowymi zdobywcami Nanga Parbat, które odbywało się w Zakopanem w ramach Spotkań z Filmami Górskimi. W trakcie tego spotkania Simone Moro (o którym już kiedyś pisałem) wypowiedział słowa, które w nieco przewrotny sposób bardzo dobrze do nas trafiły – „traktujcie życie jako sekwencję wschodów słońca”. Simone zapewne nie wiedział, że na spotkaniu byliśmy po nieprzespanej nocy, którą spędziliśmy na wchodzeniu na Babią górę i oglądaniu wschodu słońca ze szczytu. Jeżeli popatrzycie na poprzedni mój wpis to zobaczycie, że i ja mam swoją sekwencję😉

DSC_4651

O samym wschodzie na Babiej nie ma co pisać – zdjęcia w tym wpisie mówią same za siebie. Słów kilka natomiast na temat zakopiańskiej imprezy. Pojechaliśmy tam mając na celowniku dwa spotkania, oba spełniły pokładane w nich oczekiwania.

14207870_10154535549804048_2383319297527364669_o

W piątkowy wieczór poszliśmy na spotkanie z Andrzejem Bargielem, który opowiadał o swojej niedawno zakończonej, rekordowej wyprawie na szczyty „Śnieżnej Pantery”  (wszystkie siedmiotysięczniki byłego ZSRR). Bardzo ciekawe i nieraz zabawne opowieści Andrzeja były ilustrowane wspaniałymi zdjęciami autorstwa Marcina Kina – polecam wszystkim poszukanie w sieci tych fotografii – bardzo warto!

DSC_4687

Drugim spotkaniem była wspomniana wyżej prelekcja Simone i Alexa na temat zimowego sukcesu na Nanga Parbat. Trzeba przyznać, że długa, ponad dwugodzinna opowieść bardzo się obu panom udała. Filozoficzne podejście Simone było równoważone przez entuzjazm i (pozytywne) szaleństwo Alexa. A słuchając samej historii wszyscy mogliśmy sobie uświadomić jak niesamowicie ciężkim wyzwaniem jest himalaizm zimowy.

Widząc z jaką częstotliwością obaj panowie bywają w Polsce, myślę, że jeszcze będzie okazja spotkać ich przy jakiejś okazji – nie zastanawiajcie się – idźcie!

DSC_4704

 

Wschód słońca na Rysach – przygoda, ach przygoda

Kilka lat temu byłem o wschodzie słońca na Babiej Górze – było to piękne zjawisko i nabrałem ochoty na więcej. Chwilę to trwało, ale wczoraj udało się zrealizować marzenie o świcie oglądanym z Rysów.

DSC_4501

W piątek około 21 wyruszyliśmy na południe, w stronę gór. Całą drogę jechaliśmy w stronę księżyca, który dzień po pełni był doskonale widoczny na niebie i uprzyjemniał podróż.

Nasz plan zakładał wyjście na szczyt Rysów od strony słowackiej, szlakiem znacznie prostszym, charakteryzującym się w zasadzie brakiem trudności technicznych – w końcu mieliśmy iść po ciemku!

Na początek trasy dotarliśmy około północy, szybko wyruszyliśmy w drogę i po chwili okazało się, że nasze wyobrażenia o wędrowaniu po ciemku nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością – księżyc dawał tak dużo światła, że czołówek używaliśmy tylko sporadycznie, w miejscach zacienionych. Otaczające nas szczyty były wyraźnie widoczne, a cisza zakłócana tylko odgłosem przepływającego strumienia, co dodatkowo przyczyniało się do stworzenia niesamowitej, magicznej atmosfery.

DSC_4509

Na szlak wychodziliśmy ze sporym zapasem czasowym, żeby nie spóźnić się na wschód słońca na szczycie, ale okazało się, że szliśmy szybciej niż czas podawany na oznaczeniach. Do Chaty pod Rysami dotarliśmy po ok. 3 godzinach marszu, mając nadal 2 godziny do świtu. Postanowiliśmy więc przeczekać tam godzinkę w miejscu osłoniętym skałami, bojąc się wiatru i chłodu na szczycie. Zawinęliśmy się więc w śpiwory i nawet części towarzystwa udało się złapać kilka minut snu.

Około godziny czwartej usłyszeliśmy ruch w Chacie – okazało się, że część z nocujących tam turystów też wybierała się na szczyt na wschód słońca, więc szybo zebraliśmy nasze rzeczy i ruszyliśmy w ślad za nimi.

DSC_4511

Na szczyt dotarliśmy około 5 nad ranem (wschód słońca miał być o 5:37) i przywitał nas tam cudowny widok różowiejącego wschodniego horyzontu.

Zajęliśmy miejsce na samym czubku, wyższego, słowackiego szczytu Rysów, zrobiliśmy sobie ciepłą kawę i rozpoczęliśmy obserwowanie (i fotografowanie😉 ) tego spektaklu.

DSC_4523

Przyznać trzeba, że trafiliśmy idealną, bezchmurną pogodę, dzięki której widoki zapierały dech w piersiach.

DSC_4557DSC_4562DSC_4563

Gdy słońce już wzeszło i większość ludzi zeszła ze szczytu przeszliśmy na polski wierzchołek Rysów i spojrzeliśmy w dół na Morskie Oko, a tam ukazał się taki wspaniały widok Świstówki przeglądającej się w stawie:

DSC_4569DSC_4570

Jako, że słońce świeciło mocno to i w drodze powrotnej do samochodu (niestety już w ogromnym tłumie ludzi zmierzających na szczyt) udało się zrobić kilka fajnych zdjęć.

DSC_4580DSC_4582DSC_4596DSC_4607

Na koniec słowo komentarza praktycznego – zachęcam wszystkich do takiej wyprawy, ale pamiętajcie, że wymaga ona niezłej kondycji (do przejścia ponad 20 km z dużym przewyższeniem) i koniecznie spakujcie do plecaków dużo ciepłych ubrań i śpiwory. Temperatura na szczycie Rysów przed świtem jest bardzo niska (my mieliśmy ok. 3 stopnie), a jak do tego dodacie potencjalny wiatr to sami możecie sobie wyobrazić ziąb jaki może tam panować.

Alpi Orobie Bergamasche, czyli jak w kilka godzin dostać się do górskiego raju

Z moją stałą ekipą górską od dawna rozmawialiśmy o tym, że pasowałoby się w końcu wyrwać w góry gdzieś dalej niż Słowacja. W momencie kiedy ogłoszono daty Światowych Dni Młodzieży nie zastanawialiśmy się długo – to jest ten moment! Środek lata (pogoda powinna być dobra) i możliwość uniknięcia sporego zamieszania w Krakowie. Krótka dyskusja, decyzja i kupno biletów do Bergamo.

DSC_3950

Dopiero później zaczęliśmy się zastanawiać co dalej po dotarciu do Włoch. Dyskutowaliśmy, zastanawialiśmy się, aż w pewnym momencie B. znalazł stronkę z opisem szlaku Sentiero delle Orobie – czyli trasy, która przechodzi przez prawie całe Alpy Bergamskie.

Z racji ograniczeń czasowych i technicznych (końcowa część trasy to via ferrata), przeszliśmy tylko fragment tej trasy, ale za to jaki!

Dzień 1

W czwartek z samego rana wyjechaliśmy z Bergamo i po 2 godzinach i 2 przesiadkach dotarliśmy do wioseczki Valcanale w odnodze doliny rzeki Serio. Tam, na wysokości ok. 1000m npm zaczynała się nasza trasa.

DSC_3963

Początkowy fragment trasy, prowadzący do schroniska Alpe Corte to zwyczajna droga przez las, ale już koło schroniska zaczęły się otwierać wspaniałe widoki.

DSC_3958

Za schroniskiem (które znajdowało się na wysokości ok 1400m) rozpoczęliśmy wspinaczkę na przełęcz Passo Laghi Gemelli (2139m), która miała być najwyższym punktem wycieczki tego dnia. Mozolna wspinaczka była wynagradzana coraz to piękniejszymi widokami i spotkaniami z miejscowymi świstakami.

DSC_3989

Dość sprawnie wspięliśmy się na przełęcz, gdzie otworzyły nam się równie ciekawe widoki na drugą stronę.

DSC_4054

A tymczasem za nami pojawiła się mgła, co jak wiecie bardzo lubimy🙂 DSC_4048

Po kolejnych kilku bardzo widokowych kilometrach doszliśmy do najbardziej niesamowicie puszczonego szlaku jaki widziałem w życiu… Mapa pokazywała, że szlak ma iść po poziomicy i nie zmieniać wysokości, a tym czasem przed nami pokazała się prawie pionowa ściana, a my byliśmy w połowie jej wysokości…

DSC_4105

To co zobaczyliśmy potem sprawiło, że zapomnieliśmy o zmęczeniu, ciężkich plecakach, a na naszych twarzach pojawiły się uśmiechy od ucha do ucha:

DSC_4103DSC_4110DSC_4116DSC_4135

Szlak puszczony wąską półką w połowie wysokości niemalże pionowego stoku, z pięknymi widokami, wykutymi w skale tunelami i mostkami nad spływającą po skale wodą (na głowę też trochę kapało). I co najciekawsze szlak był na tyle prosty technicznie, że widzieliśmy na nim nawet ślady rowerzystów!

Po zakończeniu tego trawersu musieliśmy przejść jeszcze kilka kilometrów pod górę, żeby rozbić się na noc we wcześniej upatrzonym miejscu – to był długi i ciężki dzień, ale widoki wynagradzały wszystko! Tu jeszcze zdjęcie z naszego biwaku:

DSC_4186

Dzień 2

Następnego dnia plan był jeszcze ambitniejszy, ale w trakcie marszu, mierząc siły na zamiary zmieniliśmy go i ostatecznie zrezygnowaliśmy z przejścia pomiędzy najwyższymi szczytami w okolicy (ponad 3000m). Ale zanim do tego doszło zobaczyliśmy kolejne wspaniałe miejsca.

Z naszego nocnego biwaku przeszliśmy około kilometra do schroniska Calvi, gdzie wypiliśmy dobrą włoską kawę, zjedli śniadanie i ruszyli w drogę. Pierwszym znaczącym punktem na trasie miała być przełęcz Passo di Valsecca (2496m). Podejście było mozolne, ale niesamowicie urokliwe, gdyż większość czasu szło się wzdłuż wodospadu, który czasami rozgałęział się w taki sposób, że z każdej strony dobiegał nasz szum wody.

DSC_4238

A sama przełęcz też niczego sobie:

DSC_4263

Szczyt po lewej – Pizzo Diavolo sięga ponad 2900 metrów.

Po wyjściu na przełęcz czekał nas najtrudniejszy wg mapy fragment szlaku, ale wcześniej, na samej górze okazało się, że dolina przed nami tonie we mgle.

DSC_4286

Po przejściu z przełęczy faktycznie, szlak stał się trudniejszy, ale też o wiele ciekawszy, w pewnym momencie prowadził na przykład samym czubkiem wąskiej grani opadającej do głębokich dolin po obu stronach.

DSC_4326

Na kolejnym etapie trawersowaliśmy długie zbocze doliny aż schroniska Baroni Brunone. Fragmentami była to przepaścista trasa puszczona po osypującej się skale, ale większość czasu nie wymagała więcej niż odrobina koncentracji.

DSC_4372

DSC_4408

Okazało się jednak, że trasa ta kosztowała nas więcej sił niż się spodziewaliśmy, stąd też w schronisku (wokół którego chodziło spore stadko kozic, za nic mając ludzi i panujący gwar) podjęliśmy decyzję o tym, że schodzimy z głównego szlaku i idziemy do doliny – w ten sposób mieliśmy też komfort, że nie będziemy musieli się spieszyć ostatniego dnia, żeby zdążyć na samolot. Na noc rozbiliśmy się w połowie zejścia na dogodnej polance.

Dzień 3

Tego dnia zeszliśmy już tylko na dno doliny i drogą szliśmy z wioski do wioski odwiedzając wiejskie bary i nocując ostatecznie na łące w pobliżu jednej z mieścin.

DSC_4492DSC_4499

Informacje Praktyczne:

  • Lot Ryanair Kraków – Bergamo, przy odrobinie szczęścia można kupić bilety za nieco ponad 200 pln (niestety nie można przewozić namiotu w bagażu podręcznym).
  • 10 minut od lotniska w Bergamo znajduje się sklep sportowy, w którym można się zaopatrzyć w sprzęt górski – my kupowaliśmy tam gaz do Jetboila, którego nie można przewozić samolotem.
  • Transport w regionie Bergamo działa sprawnie i nawet jeżeli wymaga przesiadek, to linie są tak skomunikowane, że nie trzeba długo czekać. Najlepsza wyszukiwarka połączeń.
  • Schronisk na trasie jest sporo, my w zasadzie kupowaliśmy w nich tylko picie, bo resztę mieliśmy ze sobą. Cena noclegu to około 25€ za noc (o ile nie macie żadnych zniżek. Widzieliśmy, że często ceny były o pół niższe dla turystów zrzeszonych w różnych stowarzyszeniach). Jest kiepsko ze stronami internetowymi schronisk, ale względnie łatwo można dostać w Internecie nr telefonu i rezerwować w ten sposób.
  • Nie ma najmniejszego problemu z rozbijaniem namiotów, nawet w bliskim sąsiedztwie schronisk, pod warunkiem, że jest to biwak na jedną noc i nie pozostaje po nim żaden ślad.
  • Jak my szliśmy wody było wszędzie sporo, więc nie było potrzeby brania jakichś ogromnych ilości (nie wiem czy tak jest cały rok), ale warto rozważyć zabranie tabletek uzdatniających, bo w górach sporo zwierząt, które wodę mogą zanieczyszczać.

Niżne Tatry w słońcu, deszczu i z pięknymi widokami

Był weekend, był wypad (Vypad😉 ) w góry.

DSC_3604

Razem ze znajomymi, z którymi administrujemy profil Chodzę po górach, bo lubię mgłę, postanowiliśmy wybrać się na Słowację, w Niżne Tatry z nadzieją na zrobienie jakichś fajnych mglistych fotek. Niestety w ostatniej chwili ekipa się trochę posypała i na szlak ruszyliśmy we dwóch z Łukaszem.

Wyruszyliśmy z miejscowości Liptovská Teplička w kierunku najwyższego szczytu tej części Niżnych Tatr – Kralovej Holi. Jeżeli nie lubicie długich płaskich szlaków, to wybierzcie raczej inną trasę, na tej, pierwsze 8 km to bardzo łagodne podejście, a potem stroma „wyrypa”gdzie na 4 kilometrach robi się blisko 900m przewyższenia. Na szczęście widoki wynagradzają początkową nudę, i późniejszy wysiłek.

This slideshow requires JavaScript.

Na końcówce podejścia złapał nas pierwszy z wielu deszczy, na szczęście nie były one jakoś bardzo intensywne i pozwalały na spokojny marsz przepiękną granią ciągnącą się od charakterystycznego przekaźnika radiowego na Kralovej Holi na zachód.

DSC_3620DSC_3622DSC_3627DSC_3630DSC_3631DSC_3632DSC_3638DSC_3639

Jak widzicie na zdjęciach, cały czas straszyło deszczem, ale wszystko nas omijało, czasami zahaczając jedynie lekkim opadem. Warto tutaj też zaznaczyć, że były to typowe opady konwekcyjne, bez wyładowań atmosferycznych, więc mimo tego, że wyglądały poważnie to nie były aż tak bardzo groźne jak „zwyczajne” burze. W sytuacji występowania piorunów ta grań mogłaby się okazać bardzo niebezpiecznym miejscem…

Po długim marszu dotarliśmy do schronu Andrejcova, który okazał się pełny turystów, więc rozbiliśmy namiot kilkadziesiąt metrów dalej, z pięknym widokiem na Tatry.

DSC_3652

DSC_3653DSC_3665

Następnego dnia czekała nas wędrówka w zupełnie innym krajobrazie, mniej otwartej przestrzeni, a więcej kosodrzewiny i lasów iglastych. Ale trzeba uczciwie napisać, że krajobrazy były cudne, z resztą sami popatrzcie.

DSC_3672DSC_3687DSC_3690DSC_3696

Pod koniec dnia, już mocno zmęczeni myśleliśmy tylko o tym żeby dotrzeć do końca zaplanowanej trasy na przełęcz Czertowica, a trzeba przyznać, że było tego dnia ciężko, ze sporymi przewyższeniami i bardzo dużymi wiatrołomami, które nieraz musieliśmy pokonywać czołgając się pod zwalonymi drzewami. Porzuciliśmy już wtedy również nadzieję na mgłę, którą chcieliśmy obfotografować, aż tu nagle pojawiła się!

DSC_3720DSC_3703DSC_3714DSC_3712DSC_3708DSC_3723

Całość zjawiska trwała 10 minut i zakończyła się tęczą. Jeżeli ktoś przechodził tam chwilę później pewnie nawet nie domyślał się jakie cuda go ominęły.

Ostatecznie przeszliśmy około 50 kilometrów, robiąc blisko 2500m przewyższenia. Trasa jest piękna i polecam ją wszystkim górołazom🙂

Jak wysoko sięga miłość? – Czy warto czytać „kolejną książkę o Broad Peak”?

Nie planowałem jej czytać.

Stwierdziłem, że nie mam ochoty wracać do tematu tragicznych wydarzeń na Broad Peak, ponieważ napisano o tym aż za dużo, często bez wyczucia i znajomości tematu. Nie podobała mi się atmosfera jaka towarzyszyła pracom komisji PZA, jej raport i konsekwencje jakie wywołał.  Pewnie nie bez winy była też przeczytana przeze mnie książka „Długi film o miłości” Jacka Hugo-Badera, a raczej to co się działo po jej wydaniu – zarzuty plagiatu, spory autora z Jackiem Berbeką – generalnie niesmak…

Jak na mój gust wokół tej wyprawy narosło stanowczo za dużo „polskiego piekiełka”, które niestety przytłumiło dwie najważniejsze rzeczy jakie wszyscy powinniśmy z tej historii wynieść:

  1. Zadumę nad słabością ludzi wobec gór i moment refleksji nad losem tragicznie zmarłych.
  2. Szacunek dla wielkiego osiągnięcia całej czwórki.

 

IMG_3162

Dlaczego więc jednak po książkę sięgnąłem?

Kilka tygodni temu znajoma namówiła mnie na udział w krakowskim spotkaniu autorskim z Ewą Berbeką i Beatą Sabałą-Zielińską. Tam zrozumiałem, że to nie jest kolejna książka o Broad Peak, a tragiczna wyprawa z 2013r. jest tam niejako pretekstem do poruszenia zupełnie innego tematu jakim jest życie z himalaistą, człowiekiem dla którego góry stanowiły nieodłączną część życia.

Nie zamierzam tutaj streszczać książki, do której przeczytania serdecznie zachęcam, ale muszę poruszyć jeden wątek, który zrobił na mnie duże wrażenie – zrozumienie Pani Ewy dla pasji męża. Nigdy nie powiedziała mu, żeby nie jechał na kolejną wyprawę, nigdy nie miała pretensji gdy szedł w góry. Czy się bała? Oczywiście. Ale też wiedziała, jak ważne dla Macieja Berbeki były góry, wiedziała, że bez nich żyć by nie potrafił. Powiedziała wprost – „takiego go pokochałam”.

Czy była to słuszna postawa? Nie nam oceniać. Faktem jednak jest, że z książki wyłania się obraz kochającej rodziny i wieloletniego harmonijnego związku, niestety zakończonego tragicznie.

Niesamowitą wartością dodaną są również realistyczne (a momentami komiczne) opisy tego jak wyglądały wyprawy w Himalaje w czasach dawno minionych, w jaki sposób Lodowi Wojownicy zarabiali na wyprawy i ile przepisów musieli przy tym złamać. W dzisiejszych czasach, aż trudno w to uwierzyć.

Podsumowując – zachęcam do sięgnięcia po tę książkę, która nie ma nic wspólnego z „piekiełkiem” jakie powstało po tragedii na Broad Peak. Wręcz przeciwnie, to lekka, ciepła i momentami dowcipna opowieść o człowieku z wielką pasją i jego bliskich, którzy tę pasję rozumieli i wspierali jej realizację.

Es Cuba, czyli o tym, jak wygląda życie w kubańskich realiach – cz. 2

Wczesne, sobotnie popołudnie w Santiago de Cuba. Słońce grzeje niemiłosiernie, a na niebie nie widać ani pół chmurki. Po zwiedzeniu miejscowego cmentarza stwierdziliśmy, że już najwyższa pora na pierwsze tego dnia piwo.

Jako że do kubańskiego supermarketu nie można wejść z plecakiem to jeden z nas zostaje na zewnątrz, pozostałych dwóch wchodzi do sklepu. W środku przyjemnie chłodno – klimatyzacja działa na maksymalnych obrotach. Poza obsługą między półkami snują się powoli pojedyncze osoby. Nieomylnie znajdujemy lodówkę z piwem Cristal, bierzemy trzy puszki i idziemy do kasy.

sklep

Jak widać, towaru w sklepach nie brakuje. Niestety często ceny są zaporowe dla przeciętnego Kubańczyka.

Tam dwuosobowa kolejka, nic wielkiego. Wygląda na to, że zaraz będziemy się mogli wreszcie napić zimnego piwa, a z racji gorąca pić się chce…

Po około minucie orientujemy się, że kolejka i owszem jest, ale nikt nie jest obsługiwany. Dwie panie w sklepowych uniformach (na Kubie prawie wszyscy są umundurowani)  stoją za kasą, ale są zajęte rozmową. Wszyscy karnie stoją i nic nie mówią, i my postanawiamy zachowywać się jak miejscowi. Ale po kilku minutach czujemy, że piwo robi się coraz cieplejsze (o tym, że pić się chce już nawet nie wspominam). Zaczynamy kręcić się niecierpliwie i spoglądać znacząco na ekspedientki zajęte wymianą najnowszych plotek.

Po kolejnych kilku minutach jedna z nich, z wyrazem ogromnego cierpienia na twarzy odzywa się do faceta stojącego w kolejce. On odpowiada co chce kupić, pokazując palcem na butelkę rumu stojącą na półce, pół metra za kobietą. W tym momencie rozpoczyna się jej ruch w kierunku półki, przy którym przesuwanie się płyt tektonicznych jest mgnieniem. Gdy już dotarła na miejsce musiała jeszcze sięgnąć po flaszkę – mamy wrażenie, że w międzyczasie zdążyły się wypiętrzyć Himalaje. Później nastąpił równie rychły powrót do kasy.

Kolejnym wyzwaniem stojącym przed kasjerką było zeskanowanie kodu z butelki – czytnik owszem, jest. Ale wygląda na to, że działa tylko jak mu się zachce. Pierwsza i druga próba nieudana, po nich następuje uderzenie czytnikiem o ladę. Na chwile pojawia się czerwona linia skanera, ale natychmiast gaśnie. Kolejne uderzenie – działa! Udało się zeskanować! Teraz trzeba jeszcze zeskanowany towar zatwierdzić na klawiaturze. No i mamy kolejny problem – jak wcisnąć Enter w sytuacji gdy ktoś bardzo złośliwy akurat ten klawisz ukradł? Przy pomocy ponadprzeciętnie długiego, kolorowego paznokcia po kilku minutach pani udaje się jednak jakoś dokonać tego cudu, przy którym wyczyny Davida Copperfielda to fraszka na poziomie gimnazjalisty. Następuje wymiana pieniędzy za towar i szczęśliwy człowiek wychodzi ze sklepu ze swoją wymarzoną butelką.

W międzyczasie nasze piwo już tak się zagrzało, że zaczęliśmy rozważać spacer do lodówki i podmienienie naszych puszek na zimne. Ale za nami ustawiło się już kilka kolejnych osób, co jeżeli każą nam się ustawić na końcu kolejki? Albo co gorsza ochroniarz wywali nas ze sklepu za nadmierne grzebanie w lodówce? Nie, lepsze piwo ciepłe niż żadne.

W trakcie naszych rozważań na temat wyprawy po zimne piwo kasjerka rozpoczęła niezwykle skomplikowany proces kasowania klientki, która stała w kolejce bezpośrednio przed nami. Niestety kobieta ta robiła sporo większe zakupy niż tylko jedna butelka rumu, a skaner nadal działał tak jak wcześniej. Brzmiało to mniej więcej tak:

– Łup! Łup! Łup! Piiip! – I kolejny produkt – Łup! Łup! Łup! Piiip!

Niestety, za którymś razem złośliwy skaner postanowił sobie paskudnie zażartować z pani kasjerki i zadziałał dwa razy pod rząd! Na tym samym kodzie! Trzeba skasować towar z listy przy pomocy klawisza ESC… Tak, zgadliście, tego klawisza też brakowało…

Nasze piwa zbliżają się do temperatury wrzenia, my już zupełnie się poddaliśmy i z rezygnacją obserwujemy rozwój sytuacji. Resztki nadziei jakie w nas zostały są spowodowane faktem, że wszystkie produkty są już zeskanowane. Już zaraz nasza kolej!

Niestety… okazuje się, że w tym sklepie, jako jednym z niewielu na całej wyspie można płacić kartą. Okazało się również, że kobieta przed nami jest jedną z niewielu na całej wyspie posiadaczką karty… No ale to jest Kuba, nie ma płatności zbliżeniowej, czy nawet szybkiego podania PIN. Ekspedientka wzięła kartę, poszła do kierownika sklepu, ten zaczął spisywać numer karty, następnie poprosił o dowód osobisty z którego spisał wszystkie informacje, prawdopodobnie łącznie z numerem buta i nazwiskiem rodowym prababci. W momencie gdy spod lady wyciągnęli kolejny zeszycik, w który zaczęli wpisywać te same dane nie wytrzymałem – zostawiłem towarzysza niedoli w kolejce, a sam wyszedłem przed sklep. Tam przejąłem stanowisko pilnującego plecak. Zdążyłem się jeszcze bardzo dobrze przyjrzeć okolicom zanim w końcu doczekałem się wspaniałego, ciepłego piwa, które wypiliśmy wznosząc toast „Es Cuba!”

cristal

 

Półmaraton dookoła Jeziora Żywieckiego – początek sezonu biegowego.

Jak co roku, przedostatni weekend marca był dniem półmaratonów w całej Europie, od Krakowa do Lizbony. Ja tym razem postanowiłem (licząc na czystsze powietrze) wystartować w Żywcu. Kusiła mnie również tamtejsza, podobno bardzo wymagająca trasa.

Okazało się, że nie tylko ja wpadłem na taki pomysł, więc udało się zebrać kilkuosobową drużynę 42 Do Szczęścia:

12113386_892882797491242_898646367287551261_o

Dzięki temu, że wszyscy byliśmy jednakowo umundurowani i powiewaliśmy flagą Akcji, wzbudziliśmy spore zainteresowanie na żywieckim Rynku. Udzieliliśmy kilku „bardzo profesjonalnych” wywiadów, opowiedzieliśmy o akcji kilku innym osobom i ani się nie spostrzegliśmy jak nadszedł czas startu.

Tu niestety nastąpiła pierwsza wpadka organizatorów – nikt nie poinformował ponad 2 tysięcy biegnących o tym w którą stronę mają startować. Skutkowało to ogromnym zamieszaniem, drobnymi przepychankami i kilkuminutowym opóźnieniem na starcie.

Jako, że trasę przed biegiem znałem w zasadzie tylko ze zdjęć to ciężko mi było konkretnie planować bieg. Dodatkowo jestem raczej we wczesnej fazie przygotowań do sezonu, więc prędkości jeszcze brakuje. Założenie było proste – biec do mety i zobaczyć co z tego wyjdzie.

Zacząłem stanowczo za szybko, o czym wiedziałem od pierwszych metrów, ale przez zamieszanie na starcie byłem wśród osób biegnących na dużo lepszy czas niż ja, a nie chciałem ich blokować w tłumie na początku dystansu. Dopiero po kilku kilometrach zrobiło się luźniej i mogłem wyregulować prędkość. Pierwszą połowę dystansu przebiegłem w tempie 5min/km, całkiem nieźle zważywszy na brak prędkości😉

Niestety na trasie miała miejsce kolejna wpadka organizacyjna – ruch na trasie biegu był zamknięty tylko w kierunku biegu, samochody jadące „pod prąd” jechały normalnie i były zatrzymywane tylko w węższych miejscach. Niestety ten mechanizm nie działał jak trzeba i zdarzało się, że biegacze musieli uciekać na pobocze.

Jednakże to druga połowa dystansu była dużo bardziej wymagająca, kilka podbiegów, w tym na samym końcu dwa największe, o których mówili wszyscy na starcie. No i faktycznie, trzeba było zwolnić, ale w sumie oba podbiegi weszły całkiem zgrabnie. No a potem kilometr bardzo fajnego zbiegu do mety.

12719441_1062874387108681_5812017987010619223_o

Bieg ukończyłem w czasie 1h52 minuty, czyli duuużo słabiej od mojego rekordu na tym dystansie, ale zważywszy na ukształtowanie trasy i mój poziom przygotowań trzeba być z tego rezultatu zadowolonym.

Na mecie miała miejsce jeszcze trzecia, chyba najbardziej nieprzyjemna wpadka organizatorów – dla osób, które bieg kończyły na końcu stawki zabrakło medali.

Podsumowując – bieg bardzo fajny, chyba z fajnymi widokami (była mgła) i niestety z kilkoma poważnymi wpadkami organizacyjnymi. A no i jeszcze jedno – nie spodziewajcie się tam powietrza czystszego niż w Krakowie – z każdego komina leci paskudny czarny dym…

 

A tutaj znajdziecie relację z biegu Łukasza, z którym od kilku lat wspólnie startujemy w barwach 42 Do Szczęścia.

 

Bieg Piastów po raz drugi i NIE ostatni!

Dużo się ostatnio dzieje, a wiele z tego niestety kosztem wolnego czasu, który byłby poświęcony na pisanie tutaj, no ale regeneracja po porannym wybieganiu jest momentem idealnym na sklecenie kilku słów na temat zeszłego weekendu.

A trzeba przyznać, że działo się!

BP1

Pojechałem do Jakuszyc na jubileuszowy, czterdziesty Bieg Piastów.

Już jesienią zapisałem się na bieg główny – 54 kilometry „klasykiem”. Nie pomyślałem jednak wtedy o tym, że w związku z wyjazdem na Kubę wypadnie mi miesiąc przygotowań do biegu, a gdy zdałem sobie z tego sprawę to już byłem na liście startujących, a wpisowe było opłacone.

Między powrotem z Karaibów, a startem miałem dokładnie miesiąc, który trzeba było dobrze przepracować. Problem w tym, że śniegu było mało, a pogoda raczej deszczowa, niż zimowa. Skończyło się na tym, że przygotowując się do startu na 54km, na nartach przebiegłem jedynie ok 80km. Do tego oczywiście doszło bieganie bez nart, ale nie oszukujmy się – podkład przed startem był bardzo średni. Jak to ujął jeden z moich znajomych planowałem startować „na świeżości”.

BP2

Gdy dzień przed biegiem odbierałem numer startowy wkoło była masa ludzi, którzy rozmawiali o tym ile to przebiegli w tym roku, jak im się udały przygotowania, itp. Nie ukrywam, że na duchu to nie podnosiło. Na szczęście, dla równowagi spotkałem też starszego już pana, który pochwalił się, że startuje w Biegu Piastów już po raz 21, a w tym roku będzie to jego pierwsza styczność ze śniegiem, bo w Wielkopolsce, skąd pochodził, nie miał w tym roku ani jednego dnia, który umożliwiłby mu przypięcie nart i choć odrobinę porządnego treningu.

BP3

W dniu startu do Jakuszyc jechałem podstawionym przez organizatorów darmowym autobusem pełnym bardzo profesjonalnie wyglądających obcokrajowców. Znów pojawiły się w głowie myśli, czy to nie jest głupota porywać się na 50,5 kilometra biegu (trasa została odrobinę skrócona) przy tak słabym przygotowaniu. Dotarłem jednak na start, tam nieco automatycznie zająłem się przygotowaniem do biegu i przestałem myśleć o dystansie. Zacząłem czuć gorączkę startową. Szatnia, depozyt i po chwili marsz do odpowiedniego sektora startowego. Gdy przyszła nasza kolej ruszyłem już nie myśląc o tym ile przede mną.

BP4

Początkowe kilometry, pokonywane w lekkim mrozie były wspaniałe – narty jechały szybko, sił było sporo, a do tego około 10 km rozpoczął się długi i szybki zjazd, który dostarczał niesamowitej frajdy. Gdy po biegu sprawdzałem dane z zegarka, okazało się, że w pewnym momencie jechałem tam ponad 40km/h. W okolicach 20 kilometra zacząłem się jednak martwić, że biegnę za szybko. Zakładałem, że cały dystans ukończę w około 5h30, a tu wszystkie międzyczasy wskazują na czas w okolicach 5h. Poważnie rozważałem czy nie zwolnić i nie zacząć oszczędzać sił na końcówkę, ale jak zwykle radość biegu wygrała i stwierdziłem, że słucham mojego ciała – jest siła to biegnę, co będzie dalej, zobaczymy później.

BP5

Jak się okazało, była to słuszna decyzja. Połowę dystansu pokonałem z czasem bardzo zbliżonym do zeszłorocznego. Różnica była tylko taka, że wtedy kończyłem bieg, a tym razem czekało mnie jeszcze drugie tyle…

Byłem przygotowany na to, że od około 30 km zacznę zwalniać i bardziej walczyć o przetrwanie. Jednakże, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nadszedł kilometr 30, potem 35, a ja cały czas utrzymywałem tempo na ukończenie biegu w 5 godzin. W okolicach 40 kilometra po raz pierwszy przemknęła mi przez głowę myśl o tym jak pięknie byłoby jednak ukończyć bieg poniżej 5 godzin. Bardzo szybko jednak ją wyparłem, wiedziałem że na ostatnich 10 km może się dużo wydarzyć. No i faktycznie w okolicach 44 kilometra wyrósł przede mną spory podbieg. W jego trakcie jednak okazało się, że mam jeszcze sporo sił i to ja wyprzedzam, a nie mnie wyprzedzają. Jeżeli ktokolwiek z was startował w biegu długodystansowym, to wie jak potężnego kopa motywacyjnego potrafi dać takie spostrzeżenie.

BP6

Podbieg skończył się w okolicach 46 kilometra. Wiedziałem, że od tego miejsca do mety jest prawie cały czas w dół. Ale niestety nie było to takie fajne „w dół” jak na wcześniejszych kawałkach trasy. Zrobiło się dużo cieplej i bardzo słonecznie. Prywatnie uwielbiam taką pogodę, ale nie jest ona przyjacielem biegaczy narciarskich. Na trasie zamiast śniegu pojawiło się błotniste „nie wiadomo co”, po którym narty jechały znacznie wolniej niż wcześniej. Popatrzyłem na zegarek – biegnę prawie dokładnie na ukończenie w 5 godzin, byłoby trochę głupio powtórzyć historię z biciem 4h na maratonie i dobiec sekundę za późno… Okazuje się, że (nie mam pojęcia skąd!) dalej jeszcze mam jakieś zapasy sił – przyspieszam. co kilometr patrzę na zegarek, zapas czasowy rośnie powoli – jest szansa! Ostatni zjazd, zakręt i delikatny podbieg do mety – nie pamiętałem jak dużo jest tego podbiegu, patrzę na zegarek – 2 minuty czasu. Zdążę?

Wybiegam z lasu, patrzę przed siebie – Blisko! kilkaset metrów! Jeszcze przyspieszam, żeby z fasonem wbiec na metę. Kibice biją brawo, ja wyprzedzam jeszcze kilku zawodników. Meta! Zatrzymuję zegarek. Jest! 4h58! Pobiegłem o 32 minuty szybciej niż zakładałem znajdując w sobie siły o istnieniu których nie miałem pojęcia. A co najciekawsze, od razu na mecie wiedziałem – Wrócę tu za rok!

 

Zdjęcia ilustrujące wpis pochodzą z portalu maratonypolskie.pl. Zostały ustawione chronologicznie, tak jak były robione w trakcie biegu.

Es Cuba, czyli o tym, jak wygląda życie w kubańskich realiach – cz. 1

Kuba, taka dziwna tropikalna wyspa, na której od blisko 60 lat łatwiej dostać dzieła zebrane Marksa, niż porządny kawałek świeżej ryby, czy kilogram ryżu. Tak długi okres komunistycznych rządów sprawił, że życie nabrało specyficznego rytmu, a ludzie przyzwyczajeni do problemów, które nam dziś wydają się dziwne, radzą sobie najróżniejszymi sposobami, nieraz rodem z filmów Bareji.

Dziś pierwsza z historyjek, które przytrafiły nam się podczas 3 tygodni spędzonych na Karaibach.

Lewe biznesy na autostradzie

Jechaliśmy taxi colectivo na trasie Vinales – Hawana Chevroletem rocznik ’53, który, mimo wieku, na autostradzie rozbujał się do 110 km/h. Przed nami względnie nowa KIA, która co chwilę powtarza ten sam, niezrozumiały manewr – zabiera się do wyprzedzania, a gdy już ma wyminąć starego Ziła lub inną perłę socjalistycznej motoryzacji to zwalnia, zrównuje się z nim na jakiś czas i dopiero po chwili ponownie przyspiesza. Sytuacja powtarza się kilkakrotnie, wymieniamy się znaczącymi spojrzeniami i zastanawiamy, czemu u diabła nasz kierowca nie wyprzedzi tak dziwnie jadącego kolesia. Dopiero gdy  KIA  zrównuje się z nami i (przy prędkości około 100 km/h) kierowcy zamieniają kilka słów, zrozumieliśmy – to są kumple, którzy coś wspólnie kombinują. Po tej rozmowie nasz towarzysz podróży szybko odjechał w przód. Jako, że ważący pewnie kilka ton krążownik szos, którym jechaliśmy, nie należał do najzrywniejszych samochodów, szybko straciliśmy koreański samochód z oczu.

DSC_2425

Kilka kilometrów dalej autostradą i widzimy na poboczu zaparkowane dwie ciężarówki, a między nimi dobrze nam znana biała KIA. Minęliśmy ich, ale jakieś 100 – 200 metrów dalej nasz kierowca zjechał na pobocze i wysiadł mówiąc Sorry, toilet. Faktycznie załatwił swoje, ale jednocześnie gestami porozumiał się ze znajomym z drugiego samochodu, więc gdy wsiadł za kółko, to wrzucił wsteczny (na autostradzie!) i wrócił do zaparkowanych ciężarówek. Sytuację wyjaśnił nam krótko, wskazał do tyłu i powiedział: Sorry, my amigo, help.

DSC_2423

Ani nie spostrzegliśmy się, gdy obaj zaczęli wyciągać z bagażnika nasze plecaki. Zaniepokojeni wysiedliśmy z samochodu, obserwując z niepokojem co się dzieje. Usłyszeliśmy jedynie uspokajające No worry poparte ogromnym, szczerym uśmiechem, który jednak niewiele pomagał.

W następnej minucie zrozumieliśmy jednak o co chodzi. Jednocześnie przyszedł kierowca jednej z ciężarówek taszcząc ogromny kanister pełen paliwa, a nasz kierowca wygrzebał z otchłani bagażnika lejek i umieścił go we wlewie paliwa, który znajdował się w miejscu wcześniej przykrytym naszymi plecakami. Panowie zatankowali benzynę spuszczoną chwilę wcześniej z baku państwowej ciężarówki, rozliczyli się, umyli ręce i zapakowali nasze plecaki na powrót do bagażnika.

Gdy wsiedliśmy do samochodu nasz kierowca promiennie się uśmiechając odwrócił się do nas i powiedział Sorry, es Cuba!

DSC_2422

Na zdjęciach nie uwieczniłem samego momentu tankowania – woleliśmy dojechać do celu bezpiecznie i w miłej atmosferze, a nie uchodzić w oczach kierowcy za kogoś kto robi fotki, które mogą go wpędzić w kłopoty…